Moje rozczarowania ostatnich miesięcy

hej,
Dziś przychodzę trochę ponarzekać. Nie wszystkie produkty, które opisuje są dobre, niektóre są średnie, ale te które zamierzam Wam przedstawić niestety nie spełniły oczekiwań. Nawet nie zauważyłam ich działania….. Dobrze, że na przestrzeni kilku miesięcy to tylko 3 rzeczy 🙂 Oczywiście, to że nie sprawdziły się u mnie to nie znaczy, że Was zawiodą. Ale jeżeli macie podobną skórę/włosy do moich – nie spodziewajcie się cudów.

Pierwszym produktem jest czereśniowa maska do włosów Kallos. Zdecydowałam się na nią po przeczytaniu wielu pozytywnych opinii. Skład maski zachęca – nie jest długi, oczywiście nie jest również w pełni naturalny. Jedynym, roślinnym składnikiem aktywnym jest olej z pestek czereśni. Mi to nie przeszkadza, o ile substancje chemiczne zawarte w kosmetykach nie są groźne dla nas i naszego zdrowia. Maska ma za zadanie nawilżać i odżywiać nasze włosy, które po zastosowaniu staną się puszyste i miękkie.

Maska znajduje się w 1 litrowym opakowaniu wykonanym z plastiku. Przeszkadza mi jednak brak pompki, tym bardziej, że maska jest spora, więc zanim ją zużyjemy wiele razy zanurzymy w niej ręce 🙂 chyba, że ktoś nakłada szpatułką. Zapach przypomina chemiczną wiśnię 🙂 coś podobnego do kiedyś znanych gum do żucia Hubba bubba. Utrzymuje się na włosach ok 30 min. po spłukaniu maski, więc nie jest to większy problem dla osób, którym by przeszkadzał. Konsystencja jest budyniowata – przyjemnie się rozprowadza na włosach, nie ścieka.

I teraz najważniejsza kwestia – działanie. Niestety poza ładnym zapachem przez krótki czas po zmyciu nie zauważyłam większego wpływu na moje włosy. Oczekiwałam chociażby nawilżenia moich końcówek, które ostatnio mimo moich podatnych na przetłuszczenie włosów stały się suche. Plusem jaki mogę na siłę napisać jest brak dodatkowego przetłuszczenia jak to mam miejsce przy niektórych nawilżających maskach. Szkoda, bo za niewielkie pieniądze zapowiadała się całkiem porządna maska. Albo ja trafiłam na złą wersję. Może keratynowa lub z algami byłaby lepsza…? Może kiedyś jeszcze się skusze na inną wersję. Narazie muszę wykończyć tę co mam (a jest to trudne :)) plus parę innych które czekają na recenzje 🙂

Kolejnym produktem, który bardzo mnie zawiódł jest tusz do rzęs Yves Rocher o którym pisałam tu (link). W skrócie tylko dodam, że się kruszy, pozostawia efekt pandy. Za 57 zł (w cenie regularnej) można kupić lepszy produkt. Nie polecam i na pewno do niego nie wrócę

Ostatnim kosmetykiem jest CC Cream z firmy Max Factor. Jest to pierwszy produkt tej firmy na który się skusiłam przy okazji zeszłorocznych zakupów w Rossmanie na promocji -49%. Od razu napiszę, że bardzo się cieszę, iż nie kupiłam go w cenie regularnej, gdyż byłabym okropnie zła. Jestem jak wiecie posiadaczką skóry suchej, bez skłonności do niedoskonałości. Nie potrzebuje zatem wielkiego krycia – kremy CC się u mnie dobrze sprawdzają. Krem na miła konsystencję, sprawia wrażenie lekkiego. Dobrze się rozprowadza nie kawali i nie ściera. Nakładałam go palcami na krem nawilżający. Dlaczego mi się więc nie podoba?
Pierwszą rzeczą jakiej nie da się przeoczyć to zapach – produkt pachnie brudną, zgniłą ścierka do podłogi. Może to tylko mój egzemplarz, jednak skutecznie odstrasza i nie ma się ochoty na dalsze jego używanie. Postanowiłam dać mu jednak szansę i próbowałam go używać w weekendy, wiedząc, że nie będę spotkać się z ludźmi, bo niestety zapach się utrzymywał przez jakiś czas po nałożeniu. Ale tu kolejna przeszkoda….. Krem bardzo oksyduje na kolor różowy. Moja twarz zrobiła się o co najmniej 2-3 tony ciemniejsza i wyglądała jakbym dopiero co wróciła z długiego plażowania i spaliła sobie twarz. Tego było już za wiele. Zaraz po zrobieniu zdjęcia na potrzeby tego posta krem wylądował w koszu na śmieci.

Tak wyglądają moje rozczarowania ostatnich miesięcy. Jeżeli macie jakieś produkty, które się nie sprawdziły piszcie – może dzięki temu uda się uniknąć kilku zawodów. 🙂

Uszlachetniający olejek do twarzy z olejem arganowym i kwasem hialuronowym – recenzja

Cześć,
Dziś chciałabym Wam przedstawić kolejne odkrycie w mojej pielęgnacji, który na stałe zagości w mojej łazience. Mimo, iż znalazłam już swój żel do mycia twarzy będąc na zakupach w Rossmanie postanowiłam wypróbować coś nowego, innego, coś czego jeszcze nie używałam. Wybór padł na olejek do mycia twarzy Bielendy. Jeżeli jesteście ciekawe mojej opinii – zapraszam do dalszego czytania.
Firmę Bielenda znam i stosuję jej produkty już od wielu lat, lecz te z linii profesjonalnych, przeznaczonych do gabinetów kosmetycznych. Bardzo lubię ich preparaty do zabiegów na ciało jak i maski algowe. Chyba dlatego skusiłam się na ten olejek. Jak wiecie do tej pory używałam żelu do mycia twarzy Yves Rocher (recenzja znajduje się już na blogu – link), jednak w cenie regularnej jest on dość drogi w porównaniu do wydajności produktu. Postanowiłam zatem poszukać jakiegoś tańszego zamiennika. Olejek kupiłam w promocji – 13 zł za 140 ml. Produkty przeznaczony jest do cery suchej, skłonnej do utraty nawilżenia, jędrności i elastyczności. Dzięki składnikom w nim zawartym ma skutecznie rozpuszczać makijaż, oczyszczać skórę z zanieczyszczeń, odświeżać, jednocześnie nie obciążając jej i pozostawiając miękką w dotyku. Czy to, co deklaruje producent jest prawdą?
Olejku używam już około miesiąc czasu i muszę przyznać, że z moją bardzo suchą skórą radzi sobie rewelacyjnie. Buzia po umyciu pozostaje nawilżona, lekko natłuszczona, ale nie lepiąca, a przede wszystkim nie czuję ściągnięcia mimo kontaktu skóry z wodą. Spokojnie mogę nie użyć na noc kremu (jeżeli już nie mam ochoty i czasu na moją rutynową wieczorną pielęgnację) i wiem, że nie będę odczuwała nieprzyjemnej suchości. Dobrze domywa makijaż z twarzy (oczy zmywam płynem micelarnym), a buzia pozostaje gładka i miła w dotyku.
Jak go stosuje?
Najpierw wykonuje wstępny demakijaż oczu i twarzy płynem micelarnym, następnie przechodzę do oczyszczania olejkiem.
Zgodnie z zaleceniem producenta – na zwilżone dłonie pompuję olejek (1 pompka) i rozcieram w dłoniach. Wówczas powstaje lekka, biała emulsja, którą dopiero myję buzię. Całość zmywam wodą i następnie tonizuję skórę – dzięki tej czynności również widzę, że makijaż jest dobrze zmyty.
Opakowanie jest wykonane z miękkiego plastiku, z pompką, która tylko raz na samym początku mi się zacięła, ale już nie mam z nią problemów. Czasem tylko „pluje” produktem na większą odległość, więc musimy być czujne 🙂 Jedynym minusem jaki widzę to wydajność. Byłam przekonana, że produkt w formie olejowej wystarczy na znacznie dłużej. Przy codziennym stosowaniu wystarczy na ok 4-5 tyg. (czyli mniej więcej tyle samo ile żel w Yves Rocher, którego jak mi się wydaje używałam jednorazowo większą ilość).
Jeszcze na koniec dwa słowa o składzie, gdyż jest on dość krótki. Na pierwszym miejscu znajduje się parafina, która wiem, że przeraża wiele z Was. Moim zdaniem produkt, który jest na twarzy kilkanaście sekund nie spowoduje zapchania, nawet z parafiną na początku składu 🙂 dodatkowo znajdziemy również olej sojowy, arganowy, palmowy oraz kwas hialuronowy. Przeglądając blogi innych dziewczyn, które opisywały ten produkt zauważyłam, że skład został ograniczony – jest mniej rodzajów olejów, ale i mniej chemii. Dla mnie zmiana na plus.
Stosowałyście ten olejek? Jakie są Wasze opinie? A może polecanie inny dobry produkty do mycia twarzy?

Recenzja kremu do rak Lirene i balsamu Kabos Cosmetics

Okres jesienno-zimowy jest dla skóry moich dłoni bardzo ciężki. Poza nadmierną suchością rąk doskwiera mi także bardzo bolesne pękanie skóry. Ale nie ma co narzekać – jest to dobry pretekst do próbowania nowych kremów i balsamów do rąk 🙂 Na pękające miejsca znalazłam produkty, które się super sprawdzają – pisałam o nich w poprzednim poście (link), a dziś chciałabym Wam przedstawić 2 kremy, których ostatnio używałam. Możecie je stosować przez cały rok, nie są to produkty przeznaczone do pielęgnacji stricte zimowej. Więc jeżeli jesteście zainteresowane zapraszam do dalszego czytania. 

Lirene – krem dla zniszczonych dłoni

 
Krem ten dostałam od mojej koleżanki z pracy. Przyznam się szczerze: nie stosowałam produktów tej firmy od dobrych kilku lat po zawodzie jaki mnie spotkał z kremem do twarzy, więc podeszłam do niego raczej sceptycznie. Krem ma pielęgnować spierzchniętą i zniszczoną skórę dłoni, szybko łagodzić uczucie pieczenia i szorstkości, czyli coś w sam raz dla mnie w okresie zimowym. W składzie na pierwszych miejscach znajdują się: woda, masło shea, stearynian glicerolu (emulgator dzięki któremu łączy się faza wodna z tłustą kosmetyku), gliceryna i olej mineralny. Potem zaczyna się długa lista chemii…. Wszystkie te produkty (oczywiście prócz wody) wskazywałyby, na to, iż krem jest bardzo tłusty. A jednak nic bardziej mylnego. Preparat jest bardziej „wodny”, dobrze się wchłania, zostawia na skórze delikatny film, który chroni przed utratą wody z naskórka. Oczywiście po kontakcie z wodą efekt znika i należy się nasmarować ponownie.

Zaletą również jest niewielkie opakowanie (70ml), które z łatwością zmieści się nawet do małej torebki. Na temat tubki nie będę się rozpisywać – wszystko widoczne jest na zdjęciu. Prosta, zwykła tubka 🙂

Wspomnę jeszcze tylko krótko o zapachu – w kremie nie użyto wiele substancji zapachowych, dlatego zapach może jednym się podobać innym nie. Mi przypomina proste kremy z lat 90, nie odrzuca, ale też nie powala na kolana. Prawie pod koniec składu znajduje się Limonen, który nadaje bardzo lekkiego cytrusowego zapachu i Linalol, który w kosmetykach ma imitować zapach konwalii. Wg mnie konwalii w tym kremie nie czuć, ale UWAGA – linalol może powodować uczulenie.

Reasumując: krem jest wart swojej ceny (ok 8 zł). Spodoba się osobom zmagającym się z szorstkością dłoni, jednak mnie nie powalił na kolana. Ale to jest pewnie efekt ponad przeciętnej suchości. Z czystym sumieniem mogę go polecić i jeżeli nie znajdę niczego lepszego (w 100% eliminującego moje suche obszary) na pewno go kupię ponownie, chociaż żeby był w torebce 🙂

Balsam do rąk i ciała – Kabos Cosmetics

 
Trudno mi powiedzieć, które opakowanie tego produktu już używam. Chyba 4 lub 5 🙂 Balsam ma bardzo lekka konsystencję, szybko się wchłania, nie pozostawia lepkiej warstwy na dłoniach. W opisie producenta możemy przeczytać, że zapewnia optymalne nawilżenie, chroni skórę przed wysuszeniem, nadaje gładkość i elastyczność. W przypadku ciała jak najbardziej się z tym zgadzam, lecz do mojej skóry dłoni w okresie jesienno – zimowym używam tego kremu jako uzupełnienie pielęgnacji, gdyż potrzebuję dodatkowo ją natłuszczać. W lato niczego więcej nie potrzebuję 🙂
Opakowanie jest z serii moich ulubionych: proste opakowanie + opakowanie z pompką dla zapewnienia odpowiedniego poziomu higieny. Pompka działa bardzo dobrze – nie zacina się, nie blokuje i nie zapycha kremem.
Przyjrzyjmy się składowi: na początku jak zwykle w kosmetykach znajduje się woda. Następnie mamy składniki, które chronią przed odparowywaniem wody z naskórka i służą połączeniu składników zawartych w kremie. Składnikami aktywnymi są: masło shea, ekstrakt z miodu pszczelego, koziego mleka. W skład kremu również wchodzi parafina i gliceryna, ale w konsystencji jest niewyczuwalna. 
Produkt dostępny jest w kilku wariantach zapachowych. Moim ulubionym był ten z ogórecznikiem (bardzo świeży zapach) i japońską wiśnią (dla osób lubiących delikatne zapachy), które niestety nie są dostępne już ofercie 🙁 Dlatego tym razem mój wybór padł na zimowy zapach: pomarańcza z chili. Zapach bardzo intensywny, na skórze nie utrzymuje się jednak zbyt długo, co wg. mnie jest jego zaletą, gdyż po paru godzinach miałybyśmy go dość (jak wszystkich intensywnych zapachów w produktach do pielęgnacji). Balsamy maja taki sam skład i działanie, różnią się tylko zapachem także jeżeli byście chciały kiedyś go zakupić nie sugerujcie się tylko tym, który opisuje. Właściwości są takie same – przetestowałam to 😉

Koszt balsamu to 30 zł za buteleczkę 250 ml.

Oba kremy polecam z czystym sumieniem. W zależności od potrzeb sprawdzą się bardzo dobrze. U mnie w torebce gościł krem Lirene, a na biurku w pracy i na szafce nocnej – Kabos. 

Dajcie znać, czy używałyście któregoś z tych kremów i co o nich sądzicie

Marmurkowe paznokcie

Witam Was serdecznie,

Dziś chciałabym pochwalić się moimi pazurkami, które ostatnio wykonałam. Od jakiegoś czasu ten wzór bardzo chodził mi po głowie i w końcu się skusiłam 🙂
Wbrew pozorom nie jest trudny do wykonania. Jeżeli jesteście zainteresowane jak go zrobiłam – zapraszam do czytania dalej.

Marmurek krok po kroku:

1. Po przygotowaniu i odtłuszczeniu płytki rozpoczynamy od nałożenia bazy. U mnie baza Harmony Gelish
2. Następnie na wybrane paznokcie nanoszę 2 warstwy czarnego lakieru i utwardzam. Mój kolor to Dark night – z firmy Kabos Cosmetics
3. „Marmurkowe” paznokcie maluję białą hybrydą firmy Mollon. Obie warstwy utwardzam.
4. Na paznokciach pokrytych białym lakierem, przy pomocy cienkiego pędzelka do zdobień i czarnej hybrydy maluję wzór marmurku – taki jaki mi się podoba. U mnie jest on niewielki, ale równie dobrze można namalować więcej czarnych kreseczek.
5. Nie utwardzone linie pokrywamy (tym samym pędzelkiem do zdobień) cleanerem – wówczas nasz wzór zacznie się rozmywać. Jeżeli efekt nas zadowala – utwardzamy.
6. Na koniec na każdy paznokieć nanosimy top (u mnie firmy Artistic), utwardzamy i przemywamy stylizację cleanerem.

Moje pazurki trzymały się 2 tygodnie. Po tym czasie z powodu odrostu musiałam je zdjąć. Firmy, których używałam bardzo dobrze się ze sobą łączą, lakiery się nie ważą, nic nie odpryskuje.

Zachęcam Was do wypróbowania tego wzorku. Bardzo szybko się robi, a efekt jest ciekawy.

Mam nadzieję, że Was zainspirowałam 🙂

Natura w kosmetykach – olej konopny. Recenzja kremu do twarzy India Cosmetics

hej,

Jakiś czas temu rozpoczęłam na blogu nową serią – Natura w kosmetykach. Opisałam w niej olej konopny oraz kilka produktów z tym składnikiem, które się u mnie sprawdziły. W dniu dzisiejszym udało mi się wykończyć kolejny produkt – krem do twarzy i jeszcze na gorąco spieszę do Was z moją opinią. Jeżeli jesteście ciekawe, zapraszam do czytania.

Krem do twarzy dla cery dojrzałej jest kolejnym produktem tej firmy, z którego (od razu mogę zdradzić :)) jestem zadowolona. Po ukończeniu serum, o którym pisałam tu (link) bardzo chętnie sięgnęłam po kolejny produkt. Krem zapakowany jest w zwykły, plastikowy pojemnik, zabezpieczony na górze sreberkiem, dzięki czemu mamy pewność, że produkt nie był wcześniej otwierany. Teraz na stronie producenta widziałam zmienione, szklane opakowanie. Oprócz olejku konopnego zawiera: arganinę, wit. E, niacynę. Dzięki tym składnikom krem ma nawilżać i uelastyczniać skórę, opóźniać jej starzenie, łagodzić podrażnienia i działać przeciwrodnikowo. Cały skład kremu nie zachwyca, ale i nie jest tragiczny. Widziałam wiele droższych kosmetyków z gorszym składem. Produkt bardzo ładnie się wchłania, nie pozostawiając tłustego filmu i już po ok 5 min od aplikacji możemy nakładać podkład. Kolejnym atutem jest to, że nałożone na niego produkty (podkład, korektor, puder) nie ważą się ani nie rolują. Makijaż ładnie się utrzymuje przez cały dzień. Co ważne po wykonaniu demakijażu skóra nie jest przesuszona, zachowuje swoją elastyczność i blask.

Po około miesiącu stosowania zauważyłam różnicę w wyglądzie skóry. Może zmarszczki nie zostały zlikwidowane (ale się również nie powiększyły), za to cera nabrała promiennego wyglądu, blasku i nie wyglądała na przesuszoną. Dodatkowo stała się jędrna i napięta. Zapach, tak jak w przypadku serum jest neutralny. Typowo kremowy, bez dodatku substancji aromatyzujących, co według mnie jest dodatkowym plusem, gdyż kosmetyk może być używany przez osoby uczulone na tego typu składniki.

Opakowanie o pojemności 50 ml kosztuje 29.99 zł. Wg. mnie bardzo dobry stosunek jakości do ceny 🙂
Produkty z serii India Cosmetics możecie kupić tu: Sklep India Cosmetics

Używałyście produktów z tej serii? Jakie są Wasze odczucia, opinie?